Drużyna "Gazety" to w większości osoby, które chudną już od lutego. Po naszych sukcesach - do letnich wakacji Adam schudł 19 kg, Danusia 11, Renata 9 kg, ja 7,5 kg - nadszedł czas mozolnej walki o każde 100 gramów. Dlaczego teraz, za drugim razem, jest tak trudno?
Agata Lewandowska*: To nie jest "drugi raz", to ten sam proces - choć się zmienia. Ale to jest fakt - im dalej, tym trudniej. To wynika z fizjologii - organizm przyzwyczaja się do nowej ilości i jakości jedzenia, do regularności. To, co kiedyś było szokiem, kiedy zaczęliście jeść zdrowo pięć razy dziennie o stałych porach, i co powodowało szybki spadek wagi, stało się normą. Ilość kalorii i wysiłek fizyczny jest nadal ten sam, więc organizm nie ma tak silnego bodźca jak na początku.
I co mamy z tym zrobić?
Justyna Domanowska-Kaczmarek*: Z odchudzaniem jest jak z tenisem. Idzie pani na pierwszą lekcję, drugą, trzecią - i wszystko jest nowe. Jest dużo radości i satysfakcja, że co lekcja, to nowe umiejętności. A potem nadchodzi moment, że pani już umie. Wtedy, żeby wygrać mecz, potrzebna jest zupełnie inna motywacja i wysiłek o wiele większy niż na początku. Najpierw wystarczyło nie jeść słodyczy i waga spadała. Dzisiaj to już nie wystarczy, trzeba zrezygnować z czegoś jeszcze.
A.L.: Na nasz metabolizm składają się dwa procesy - anabolizm i katabolizm. Anabolizm to tworzenie, możemy porównać go do jedzenia, katabolizm to rozpad - możemy go porównać do spalania. Jeśli oba procesy będą na tym samym poziomie, waga ani drgnie. Jeżeli chcemy schudnąć, to albo jedzmy mniej, albo więcej spalajmy. A najlepiej róbmy obie te rzeczy. I nie ma cudów - schudniemy.
To oznacza, że muszę się zastanowić nad każdym orzeszkiem, którym się częstuję, i nad każda kawą wypitą w pracy?
A.L.: Niestety, tak jest. I to nie jest sprawiedliwe, ale taki ma pani metabolizm. Po 35. roku życia u wielu osób on zwalnia. I powolutku tyją. Tylko garstka ludzi ma taki typ metaboliczny, że do starości zachowuje szczupłość bez szczególnych starań.
Czy jest jakiś inny powód, że chudnie się coraz trudniej?
A.L.: Nazwałabym go psychologicznym. Bo to dla was kolejny tydzień bez pysznych kolacji, z odmawianiem obiadów u rodziców, z rezygnowaniem z imprezy. I choć wydaje się, że trzymacie reżim - to być może niezauważalnie popełniacie więcej grzechów. Na początku było spięcie i jadło się tyle, ile trzeba, ćwiczyło, ile trener kazał itd. Minęło pół roku i w naturalny sposób reżim się rozluźnił. Jak się pani przyjrzy, co zjadła w ciągu tygodnia, to się okaże, że było kilka chipsów na imprezie, szklaneczka wina u sąsiadki, i tak to się rozmywa.
Przed wakacjami mówiłyście, że można sobie raz na jakiś czas pozwolić na ciasteczko. A teraz już nie mogę?
A.L.: A czy oprócz tego jednego ciasteczka w pozostałe dni tygodnia trzyma pani rzeczywiście idealnie dietę?
No nie, czasem skuszę się na szklankę piwa...
J.D.-K.: Im dalej na diecie, tym paradoksalnie koszty rosną, a zyski...
Maleją?
J.D.-K.: Tak. Bo już jest pani szczuplejsza, zdrowsza, dobrze się czuje, wszyscy zauważyli nową figurę i pogratulowali. A po stronie kosztów właśnie teraz trzeba zaostrzyć reżim. Dlatego jeśli chce pani dalej chudnąć, musi wrócić do tego, o czym rozmawiałyśmy w lutym na początku waszego odchudzania - do celów - po co to robię?
A.L.: Trzeba spojrzeć w lustro i zapytać siebie, czy chcę dalej chudnąć. I jeśli chcę - wyznaczyć sobie nowe cele. Bo jak zerkniemy do tych, które wypisaliśmy sobie na początku odchudzania, okaże się, że w 90 proc. są już zrealizowane - zmieściliśmy się w o numer mniejsze ciuchy, z łatwością wchodzimy po schodach, na twarzy nie pojawiają się już krople potu i czerwone plamy. Ale z tyłu głowy mogą się wciąż czaić cele długofalowe, które trzeba nazwać i uwierzyć, że ich osiągnięcie jest możliwe.
Z drugiej strony, może się okazać, że właściwie mam już to, czego chciałam, więc może nie ma sensu dalej się odchudzać.
Chcę. Mam wziąć kartkę i długopis i te cele wypisać?
J.D.-K.: Najlepiej tak. A potem wyobrazić sobie, co się stanie, jeżeli schudnę dalej. I teraz muszę zdecydować, czy ja chcę schudnąć, czy tylko chciałbym. Powiedzieć sobie chciałbym to najbardziej frustrujące, co można zrobić. Bo to tak trochę chcę, trochę nie chcę - więc jednego dnia jem trochę mniej, drugiego trochę więcej.
Jeśli zdecyduję, że chcę, to zbieram siły, mobilizuję się. Siadam i kontaktuję się z tym wszystkim, co o sobie już wiem. Pani np. wie, że służy jej siłownia i niedzielne gotowanie na cały tydzień naprzód. I to warto sobie wypisać, żeby o tym pamiętać - co pomaga mi schudnąć, konkretnie, w oparciu o moje doświadczenia. Warto iść dalej i na kolejnej kartce wypisać sobie, co mi będzie chudnięcie utrudniało.
Źródło: Gazeta Wyborcza